biała góra

To był impuls. Jedna z tych myśli, które przychodzą bez zaproszenia, a kiedy już się pojawiają, stoją na środku przedpokoju i tarasują drogę tak skutecznie, że w zasadzie nie pozostawiają już nam wyboru. Manipulują i ustawiają pod ścianą. I nie ma z nimi co walczyć. Czasem tak jest, że najtrudniej jest coś zaakceptować, a gdy już to zrobimy, problem samoczynnie przestaje istnieć. Puf i idzie z dymem. Widzisz więc, że po prostu nie było innej opcji. Ale gdyby się porządnie zastanowić – to tkwiło gdzieś we mnie, w środku już od dawna i narastało w milczeniu. W końcu poczułem się jak zamknięty od zewnątrz i zostawiony z ręcznikiem sam sobie w saunie parowej. Zacząłem się gotować, brakowało powietrza. Byłem zupełnie bezradny. A czasem potrzebowałem tylko tego, by ktoś w końcu sprawił, żebym poczuł się istotny. Wydawało mi się nawet, że sam nie jestem w stanie niczego zmienić. Że swego czasu wsiadłem do jakiegoś zwariowanego rollercoastera, który wcale nie planował się zatrzymać. Jak w pętli czasu, zgodnie z wcześniej ustaloną trasą musiałem wciąż i znów zataczać te same okręgi. Moje starania wydawały mi się żałosne w stosunku do efektów. Nigdzie nie czułem się dobrze. Wydawało mi się, że oglądam film, że wszystko dzieje się jakby za weneckim lustrem. Przyglądałem się bez konsekwencji każdemu, patrzyłem głęboko w oczy, w których nie mogłem odnaleźć swojego odbicia. Jakbym był bez cienia. Powietrze uciekało z krzykiem z płaszczyzny mojej otwartej dłoni. Ale to nie tak, że się nie starałem jakoś wykoleić. Mówiłem głośno, wysyłałem impulsy jak tylko mogłem lecz ciągle pozostawały bez echa. Dom stał się dla mnie studnią bez dna, gdzie kamień wrzucony po prostu ginął stopniowo w ciemnościach. Tak czułem się siedząc w fotelu. Jakby mnie ktoś wrzucił za karę, albo z nudów i patrzył z góry jak sobie radzę spadając, czy kiedyś uda mi się złapać krawędzi, czy jedyną czynnością którą dokończę będzie całkowite sięgnięcie dna. W końcu przestałem czuć. Nie dostrzegałem różnic. Inaczej, było mi wszystko jedno czy śpię, czy jem, czy idę, czy drepczę w miejscu. Przestałem łapać ostrość widzenia, a wszystkie granice zaczęły się rozmywać i przeplatać między sobą. Przez to, że nic nie było oczywiste, nic nie zaczynało się i nie kończyło w konkretnym miejscu, niczego nie byłem w stanie kontrolować. Nie wiedziałem, czy troska jest jeszcze wyrazem zainteresowania, czy już zlewa się z drwiną. Brak odczuwania był tylko kolejną wymówką. Nie wiedziałem co było dobre, a co złe, więc według mojego rozumowania nie byłem zdolny do podejmowania znaczących decyzji. Bałem się kroku, bo nie chciałem zamiast oddalać się od przepaści, znów w którejś tonąć. Tak usprawiedliwiałem życie w letargu. Życie, w którym ci w koło byli gośćmi, odgrywali role statystów, których obecność jest marginalnie znacząca, a zniknięcie za kulisami niemal niezauważalne. Czasem jakiś śmiech w drugim pokoju, jakieś przypadkowe zderzenie w holu. O szafkę też można się niekiedy uderzyć, ale nie czyni jej to od razu przedmiotem istotnym. Stworzyłem z nich grupkę zaledwie sztucznej inteligencji, której zepsute części można wyrzucić na wysypisko i zastąpić nowymi, a podzespoły modyfikować bezkarnie dla swojej wygody. Stadko perpetuum mobile, które w ruch wprowadziła moja ciekawość, a ich istnienie to już tylko efekt uboczny tej zachcianki, który ze stoickim spokojem i obojętnością godną stwórcy powinienem dalej tolerować. I trwałem w tym, aż tama żali nie pękła w pół. (…)

 

***

życzę Panu Tomaszowi lepiej.

jesiennie się robi i liście wirują.

tęsknię.

        Kiedyś stworzyłem sobie posąg. Najpierw przez lata szukałem materiału. Gdy znalazłem już ten jeden właściwy kawałek skały, nie miałem odwagi, by zabrać się do dzieła. Dniem i nocą zastanawiałem się, jak powinna wyglądać jej twarz. Jak duże powinny być oczy, jak powinny na mnie patrzeć. W końcu zacząłem pracować. Powoli zrzucałem z jej ciała niepotrzebną masę, wykłuwałem ze skorupy. Czasami zdarzało mi się chodzić wokół jej nieruchomej sylwetki, na pół dopiero wykończonej i zastanawiać się, co  by tu jeszcze poprawić. Doszukiwałem się skaz i zniekształceń. Szukałem ich uparcie, a gdy w końcu zauważyłem coś, co nie do końca spełniało moje oczekiwania, od razu starałem się to zamaskować. To miało być dzieło! Postać w HD. I w końcu, po kolei wyłoniła się twarz, potem cała głowa, włosy rozlane na delikatnych ramionach, piersi ubrane w spojrzenia zazdrośników, nogi, które chłonąć miały komplementy. Po miesiącach dopasowywania odpowiedniej skóry, około czwartej nad ranem skończyłem zmęczony.

        Gdy była już gotowa, zeszła z piedestału i wyszła przez drzwi. Zostawiła tysiąc pięćset gwiazd. Zrobiła to jak spałem. Potem ktoś mi powiedział, że ona powiedziała, że tak po prostu miało być. Że sam jestem sobie winny. Stworzyłem marzenie, nazbyt nierealne, a teraz 

 

* na zdjęciach Laura.