Chodząc samemu staram się omijać miejsca, które znam. Czasem boli, że stąpa się po drogach, które tyle dla ciebie znaczą. Depcze się je bezceremonialnie. Pewnie kładzie nogi, od palców po piętę, odkleja. Proste. A sny zdeptać już trudniej. Są złośliwe, nawet jak się ich nie pamięta. Przecież same szukają nas. Zasypiam, budzę się będąc obok. Idę sobie, chociaż widzę swoje ciało w łóżku. Ono jest tam ciągle, a ja już lecę na spotkanie z marzeniami. Najpierw zatrzymuję się tam, gdzie te ptaki zawsze siedzą, gdzie wrony kraczą i przeskakują po gałęziach. Podnoszą się nagle, lecą ze mną. A tak chciałem być na razie sam. Usiądę zaraz na żurawiu, mieszając nogami powietrze, patrzę w gwiazdy. Jeszcze tylko chwilkę, zaraz słońce wstanie. Potem chcę tam, gdzie mgła i drzewa usychają. Zostałbym tam najchętniej.



