passenger

Wpisy od kwiecień 2007

zimny wiatr, dach.

kwiecień 19, 2007 · 2 komentarzy

Zimny wiatr kojarzy mi się zawsze jakoś dziwnie refleksyjno – melancholijnie. Kojarzy się ze zgrubiałymi palcami zimą, którymi zawsze bezradnie staram się otworzyć drzwi do domu, z wolnością i morską przestrzenią. Z siłą, której nie widzimy, a ona bez skrępowania, jakby gra z nami w ciuciubabkę, schowana pod peleryną niewidką, targa nam włosy. Rozwiewa spojrzenia. Tańczy z koronami drzew, bujając się delikatnie, jak podczas wolnej piosenki para kochanków wtulona w siebie na parkiecie dancingowym. Żyją w zgodzie. Zimą, zamykamy się w domach broniąc przed chłodem i szronem na szybach. Owijamy w koce i otulamy zapachem herbaty z miodem. Szczęśliwcy zapalają światełko w kominku i śpią przy trzasku palących się gałęzi. Mimo wakacji, weekendów majowych i innych letnich zwolnień od obowiązków, to zima bardziej kojarzy się z wolnym czasem i radością. Mrok zapada szybciej. Na ulicach wcześniej można się chować, także poza pola rażenia wścibskich latarni. Mniej ludzi na ulicach, na Spacerowej, a towarzystwo drzew tak bardzo nie przeszkadza. W autobusach więcej bezdomnych szuka schronienia. I potem tylko kłócą się z kierowcami o spokój. Siedzą sami na krzesełkach schowani tak, by inni nie musieli na nich patrzeć. Wzrok tych zadbanych przeskakuje między wyświetlaczem pokazującym następny przystanek, a oknem z widokiem na ich odbicia. A ja lubię tańczyć z parasolem na przystanku, w deszczu i czytać książki w 56 wracając wieczorami. Łatwiej się wtedy utożsamiać z tragicznym losem bohatera, patrząc im w oczy.

            Gdy wieje zimny wiatr zawsze podnoszę ręce imitując skrzydła. Świeży powiew podnosi ducha ponad smog. A jak raj to lustro dla naszego świata? Kolejna ironia Boga? Po śmierci mamy dostać od niego coś najlepszego, klucze do miejsca, które nie możemy ogarnąć naszymi myślami. Coś, co mieliśmy od zawsze. Raj jako lustro polskich miast i wsi. Blokowisk, pól i lasów. Ci bardziej święci, tam jako przedstawiciele handlowi z willami na prowincjach. Ci rozgrzeszeni w konfesjonale jako hodowcy buraków cukrowych. I ten sam podmuch. Gwałtowniejszy między budynkami – tam też jest. To wiem na pewno.

Kategorie: Uncategorized

letnia, majówka kwietniowa.

kwiecień 17, 2007 · 5 komentarzy

Sobota, poranek jak się patrzy, na niebie nie ma chmurki, wiatr wieje silny, akurat by włosy modelki na wszystkie strony rozrzucić. I małe zakupy w Lidu, w końcu mieliśmy zrobić sobie kwietniową majówkę. Soczek jest, dwupak Hitów też, więc czekam na Ditty. Srebrny Citroen podjechał groźnie, hamując z piskiem opon. Chwila ciszy. Niemowlę w wózku zaczęło krzyczeć. Lekko przestraszony, wspominając opowieści o zacinającym się pedale gazu, wsiadam do samochodu. Na wstępie zapinam pasy i włączamy relaksacyjną muzyczkę. Na początek Bob w tle śpiewa byśmy się nie poddawali i wstawali, a pod naszymi kołami prawie jakiś rowerzysta nie wylądował. Potem parę razy znaleźlibyśmy się w bagażniku samochodu przed nami. Ditty dopiero zbiera doświadczenie za kierownicą, więc możemy wybaczyć jej to i owo. Chwilę później dziewczyny z szejkami pakowały się już na tylnie siedzenia i obraliśmy nowy kierunek – „Myślęcinek”. Zasada, im więcej osób w samochodzie tym weselej, sprawdziła się w stu procentach. Nawet przestałem trzymać się kurczowo rączki przy drzwiach. Na miejscu chwila charakteryzacji, makijaż Neilli, pomiar światła, siły wiatru, lekkości włosów modelki i zaczęliśmy zabawę. Trochę przy sadzawce, trochę pod krzaczkami, na polance, na kocyku. W między czasie przyjechała Kasia z Lunką, która na widok wody wybrała praktycznie jedyny możliwy kierunek tego upalnego dnia. Popływałbym z nią, ale brak kąpielówek mnie zniechęcił trochę i finalnie mimo wszystko nie zdecydowałem się na tak odważny krok. Po wypstrykaniu wystarczającej ilości klatek osiedliśmy na trawie i rozmawialiśmy intelektualnie, o potrzebie posiadania pleców, wyższości pralki nad praniem ręcznym w rzece, o przemiłym wychucholu … Zmęczeni słońcem, wróciliśmy do C3. „Kurs na Podwale” – krzyknęła załoga!

Neilla wzięła polaroidy to i mam:

Nie muszę wspominać, że dzień później, podczas standardowego przeglądu brzucha, przy porannym myciu zębów, znalazłem w sobie kleszcza. Ale podobno u nas w rejonie nie przenoszą zapalenia opon mózgowych. Jakbym miał szczęście, to najwyżej inne zakaźne ścierwo mi grozi i jakieś, średnio 6 – 7 tygodni hospitalizacji i antybiotyków. No to czekamy.

 

 

Kategorie: Uncategorized