Opowiadam sobie historię. Prawie zawsze, przed zaśnięciem wpatruję się w nieruchomą głębię pustego pokoju, powstrzymuję sen. Po chwili wcielam się już w nową rolę. Niemal zawsze obsadzam siebie jako głównego bohatera. Skoro jestem architektem całej tej sytuacji, to mogę chyba pójść na całość. Te moje historie nie są zbytnio ciekawe. Nie muszą być. Czasem jestem wąską smugą światła latarni ulicznej, przedzierającą się przez rolety w oknie i padającą na ścianę, zastanawiającą się nad efemerycznością swojego istnienia ( zginę przecież do rana, latarnia gaśnie z nadejściem dnia, w nocy robi się coraz jaśniej, a mój ślad jest coraz bledszy, niknę z każdą chwilą – niech ktoś powie, że to nie dramatyczne), albo tym dobrym w pelerynce, ratującym właśnie piękne niewiasty z płonącego wieżowca. A jeszcze innym razem tak po prostu idę sobie brzegiem morza póki nie zasnę.
Sama myśl, by opisać rankiem, jak wstanę, te wszystkie przygody, których sprawcą byłem wczoraj, wydaje mi się nie do pojęcia. Przecież człowiek powinien mieć prawo do tej swojej małej tajemnicy, do tej przemilczanej rozrzutności wieczornych westchnień. A może to strach przed odkrywaniem swoich pragnień wobec innych. Przecież mógłby to ktoś przeczytać! Wiedzieć, czego chcę, w obliczu mojego niezdecydowania…
Ale to nawet zabawne. Ten cały wieczorny proces kreowania. Tworzy się najpierw szkic wydarzeń. Potem jest czas na krótką analizę stanu emocjonalnego postaci głównej, kolejne zmrużenie i otwarcie oczu, a ja lewituję nad drugim sobą aktorem. I tak nad nim cały czas. Często jest obdarzony olbrzymią ilością moich realnych, dobrych stron. Aż miło się wtedy na niego patrzy. Z lekką nutką zazdrości można czasem spojrzeć na samego siebie. Tylko, że to niebezpieczna zabawa. Jeden krok dalej, a zamiast podziwu, złość – „Ja też taki mogłem być!”.
***
Wspomnieniowo, Solarowo:

Ali dziękujemy za cierpliwość i silny organizm, który chłód bez chorób zbędnych wytrzymał.

Nasza ekipa zdjęciująca i wspólne ujęcie kończące wysiłki, komórką cyknięte.

Pan Czajston grał wieczoru tego nam. Karol trochę też, jednakże publiki unikał. (zdj. Panny Olgi)

Kasia zadowolona, uśmiechnięta trochę, na leżaku w piachu. Wśród naszych gitarowych dźwięków leży. (zdj. Panny Olgi)

Karol uchwycony gdzieś na koniec. (zdj. Panny Olgi)
***
No i pozdrawiam z tego miejsca Solarną grupę przyczepową.




