***
Za kark, za szyję, splątaną smyczą, ciągniesz mnie w dół. Za każdym razem, gdy zakładasz swoją sztuczną grzywkę, czuję się jak dzieciak, któremu pokazano garść ulubionych batoników. Ślinotok. I miotam się, wyrywam, a więzy się nie luzują. Nie odpadają. Przeciwnie, jak kolczatka na szyi, skóra i metal wpija się w ciało tym mocniej, im bardziej się rzucasz. Jak przyjemnie! Białymi szmatami mam splątane dłonie, dłonie pełne dóbr i gadżetów. Bierz co chcesz! , to w końcu promocja. Wszystko za darmo, pół ceny; z haczykiem w podszewce. W przymierzalni jak w katedrze. Dookoła ikony – lustra porozwieszane i Kate Moss w rogu gdzieś też jest. Boże, tam przede mną, obok, po prawej, po lewej – to ja! Klękam, modlę się za befsztyk(?). To nasze dobro najwyższe. Wybuduję Tobie pomnik – myślę. Bilbord ze zdjęciem postawię. Na skrzyżowaniu, w kapliczce. W myślach już widzę jak ludzie, co niedzielę w procesji obchodzą ją dwa razy. Piękny widok.
Bo zrobię wszystko dla Ciebie. Tylko daj się ciut! Mogłabyś czasem zgiąć się z góry tak delikatnie, trochę. Palec wyciągnąć na spotkanie z tym, co mam dla Ciebie. Proszę.
Bartoszowi Porczykowi dziękuję za emocje – dziękuję za “Smycz”.
***

Znów chciałbym mieć szansę robić zdjęcia w teatrze. To wyżej, to z tęsknoty i niestety tylko z szufladki.
***