Święta to zapach pomarańczy, naszpikowanej jak jeż goździkami. To zapach barszczu z uszkami babcinymi, który od poranku delikatnie rozchodzi się schodami po całym domu. To czas krzyków dzieci, opowieści najstarszych z rodu, jak to kiedyś w te dni bywało. Dysputa, czy makowiec tegoroczny wygrywa z tym, który w naszych żołądkach rok temu strawiony został. Światełka na choinkach, ulica rozświetlona. W tym roku nowością, z powodu deficytu śniegu, stał się dmuchany bałwan sąsiadów. Wieczorem mrożące powietrze w płucach też jakoś uszczęśliwia. Gromadzi się w płucach i zwiększa ilość serotoniny prawie do maksimum. Sprzątanie ogródka też straszne mi nie jest. Lubię uderzać trzonkiem od miotły w zamarzniętą ziemię. Gdy malutkie drgania rozchodzą się po moim ciele, od stóp zmarzniętych poczynając, wiem, że jestem nierozerwalną częścią tego, co mnie otacza. Razem z choinką, szyszkami, trzęsę się i ja. I pewnie te podarki zapakowane, schowane pod łóżkiem, gdzie czekają, aż po gwiazdce pierwszej zaczną trafiać do rąk swych ostatecznych właścicieli, trzęsą się z nami. Gdy wszystkie zostaną wręczone, bębenki w uszach atakowane będą ultradźwiękami pochodzenia dziecięcego, ferajna zacznie ze szczęścia biegać wokół motoru, helikoptera, kuchenki drewnianej, lalek stosu … Postanowieniem świątecznym mym jest nienarzekanie. I tego samego życzyć Wam chcę.
***