passenger

77 zasłona Mai upadła w całości na posadzkę.

kwiecień 6, 2008 · 6 komentarzy

Karl:

Niedościgniony ideale, uwolnij się, wyswobodzony z kajdan, ulotnij się, boś niepojęty, naszym oczom do tej pory nieukazany, Absolucie tajemny, piętnem na pół boskim, na pół szatańskim skalany, co Ciebie za ręka mogła począć, co za dusza ogarnęła sam zamysł stworzenia Ciebie. Nie wiem. Nie nam, ani potomnym, oceniać piękno Twe, boś Ty niezdefiniowany. Słów w ustach brak, a język nie jest w stanie nakreślić dźwięku potrzebnego do opisania kształtu rzeczy Twej. Cudzie. Nie myśleć o Tobie by nie urągać wielkości Twej. Moja rola tu trudna, bo i pokusa wielka. Czy odwrócić głowę? Czy przez ramię zerknąć? Czy pobożnie, nie wadząc nikomu, przed siebie iść, nie mącąc myśli Tobą? Jaka moja rola przy Twojej świetlistej naturze. Potępiony na wieki! Nie poskromiłem żądzy w sobie zamkniętych. Tam, gdzie wąż w ciemnym pokoju wewnątrz mej duszy przed laty zamknięty, teraz pustka świeci. Nie splątałem dostatecznie drzwi łańcuchem. Nie przewidziałem, że on tak łatwo, tak niepostrzeżenie ucieknie w noc. O biada mi. Ja tylko człowiekiem. Zasadzę jabłoń, by zwabić zło świata, zanim zmieni skórę i nie poznam gada. Owoce zakazane, na wzór Absolutu stworzone, ze złotego ziarna wyrosną. Zakwitną i dojrzeją w trzy dni, a czwartego przyjdę na miejsce, by zebrać plony – tak jak wtedy i dziś zapisane, ciągle to samo. Piętnaście tłumaczeń, tysiące poprawek, neologizmy po drodze, ale prawda jedna. Niezmienna. To ja tą drogą pójdę; zdecydowałem. Absolucie, ześlij mi uśmiech i ziarno jedno, by w duszy zasadzić i pułapkę zgotować. To zajmie trochę czasu. Zadaną pokutę odprawiłem. Na grochu klęczę i wołam do Ciebie. Jeden uśmiech i ziarnka pół na początek! O błagam duszo jedyna prawdziwa. Jedyna, w obłoku spojrzeń zazdrosnych skąpana. Już wiem jak zwyciężyć siebie, więc nie odwracaj się teraz ode mnie. Przecież, musisz mi pomóc. Obiecałaś. Bądź moją drogą, moimi myślami, przewodnikiem i nicią w labiryncie fałszywych spojrzeń z lustra ściągniętych. Bądź deszczem, który spłukuje łupież z głów, oczyszcza podświadomość z papki marketingowych chwytów. Bądź moją prozą. Bądź ulubioną lekturą i ukochanym szalikiem, który ogrzewa, gdy słupek spadnie poniżej znośnej krajowej. Tylko bądź, a będę nawoził sumiennie tę grządkę w sobie. I ta jabłoń da w końcu owoce, piękne owoce! Zjemy je razem. Razem będziemy walczyć od nowa.

***

Kategorie: Uncategorized

6 odpowiedzi jak dotąd ↓

Dodaj komentarz