spokojne morza wysychają.

Wsiadam do autobusu. Zajmuję swoje ulubione miejsce. To, gdzie mogę wygodnie się rozłożyć. Nogi oprzeć komfortowo. Chyba jedyne takie, gdzie nawet jest mi dobrze. Gdzie zazwyczaj nikt nie siada obok.
Podczas jazdy, czasem oglądam dekoracje za oknem, i to jak szybko się przesuwają. Jak płynnie. Sporadycznie tylko trzeba zahamować. Staruszka i młoda kobieta z kotem na smyczy chce przejść przez ulicę. Taka pauza na video. Wieczorem ktoś gasi lampkę. Ktoś ją zapala. Neony rozświetlają ulicę tak na bardziej kolorowo. Zdarza się, że asfalt przybiera barwy od czerwonej przez pomarańczową, w stronę zieleni trawy jednorocznej. Często przymykam oczy, gdy siedzę plecami do kierunku jazdy autobusu. Widok za szybką, to jak przewijanie taśmy wstecz. Widzę to, co moje oczy zarejestrowały już wcześniej. Wczoraj, miesiąc temu. To, co oglądam codziennie, przy różnym oświetleniu, z różnymi bohaterami na scenie. Niektóre rzeczy są niezmienne. Niektóre budynki, drzewa, postacie. Jakby zamarli. Jakby ktoś nacisnął stop.

Z jednej strony czuję się wtedy bezpiecznie. Tylko jako widz, przyglądając się tylko temu zabiegowi uwsteczniania. Zamknięty w puszce pojazdu, otulony powietrzem i wirusami jak airbagiem. Jak ktoś, kto siedzi pod pokładem, na którym właśnie zmienia się bieg historii, świata. Gdzie ktoś wyznacza nowy kurs. A ja tylko przez małe, okrągłe okienko widzę, że coś się dzieje. Czuję fale inaczej, inaczej uderzają w burtę. Wiem jednak, że nic mnie nie ominie. Wychodzę z założenia, że jest niemożliwością, żeby świat biegł beze mnie zostawił mnie w spokoju. Gdzieś tam wyrzucił z łajby, żebym sam mógł dryfować. Jak w autobusie. To niemożliwe, żeby wyjść tam, gdzie nie ma przystanku. Chociaż czasem byłoby wygodniej. Szybciej. Takie są przepisy. Normy, których kierowca musi przestrzegać. Mi pozostaje tylko młotek i napis na oknie – wyjście awaryjne.

Gdy tak siedzi się z zamkniętymi oczami, czasem wydaje się, że z kilkaset krasnoludków, czy innych chochlików, zamiata wnętrze mojej głowy. Układa zdjęcia w albumach. Video na półkach stawia w porządku alfabetycznym. Zajmuje im to trochę czasu. Przesuwają kurz z miejsca na miejsce. Tylko żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by posłużyć się szufelką. Kosz stoi pusty.

***

W moim kalendarzu lata nie ma. Są dni z nią. Albo mgliste dni są.

 

***

Co noc wykręcam 00/81/3-9456112 … tam nie muszę się tłumaczyć z każdej myśli, bo tam już wiedzą “dlaczego?”. Zanim złapię za słuchawkę.

 

Czasem zazdroszczę sobie.

Opowiadam sobie historię. Prawie zawsze, przed zaśnięciem wpatruję się w nieruchomą głębię pustego pokoju, powstrzymuję sen. Po chwili wcielam się już w nową rolę. Niemal zawsze obsadzam siebie jako głównego bohatera. Skoro jestem architektem całej tej sytuacji, to mogę chyba pójść na całość. Te moje historie nie są zbytnio ciekawe. Nie muszą być. Czasem jestem wąską smugą światła latarni ulicznej, przedzierającą się przez rolety w oknie i padającą na ścianę, zastanawiającą się nad efemerycznością swojego istnienia ( zginę przecież do rana, latarnia gaśnie z nadejściem dnia, w nocy robi się coraz jaśniej, a mój ślad jest coraz bledszy, niknę z każdą chwilą – niech ktoś powie, że to nie dramatyczne), albo tym dobrym w pelerynce, ratującym właśnie piękne niewiasty z płonącego wieżowca. A jeszcze innym razem tak po prostu idę sobie brzegiem morza póki nie zasnę.

Sama myśl, by opisać rankiem, jak wstanę, te wszystkie przygody, których sprawcą byłem wczoraj, wydaje mi się nie do pojęcia. Przecież człowiek powinien mieć prawo do tej swojej małej tajemnicy, do tej przemilczanej rozrzutności wieczornych westchnień. A może to strach przed odkrywaniem swoich pragnień wobec innych. Przecież mógłby to ktoś przeczytać! Wiedzieć, czego chcę, w obliczu mojego niezdecydowania…

Ale to nawet zabawne. Ten cały wieczorny proces kreowania. Tworzy się najpierw szkic wydarzeń. Potem jest czas na krótką analizę stanu emocjonalnego postaci głównej, kolejne zmrużenie i otwarcie oczu, a ja lewituję nad drugim sobą aktorem. I tak nad nim cały czas. Często jest obdarzony olbrzymią ilością moich realnych, dobrych stron. Aż miło się wtedy na niego patrzy. Z lekką nutką zazdrości można czasem spojrzeć na samego siebie. Tylko, że to niebezpieczna zabawa. Jeden krok dalej, a zamiast podziwu, złość – „Ja też taki mogłem być!”.

***

Wspomnieniowo, Solarowo:


Ali dziękujemy za cierpliwość i silny organizm, który chłód bez chorób zbędnych wytrzymał.

Nasza ekipa zdjęciująca i wspólne ujęcie kończące wysiłki, komórką cyknięte.

Pan Czajston grał wieczoru tego nam. Karol trochę też, jednakże publiki unikał. (zdj. Panny Olgi)

Kasia zadowolona, uśmiechnięta trochę, na leżaku w piachu. Wśród naszych gitarowych dźwięków leży. (zdj. Panny Olgi)

Karol uchwycony gdzieś na koniec. (zdj. Panny Olgi)

***
No i pozdrawiam z tego miejsca Solarną grupę przyczepową.

mokre ścieżki w pochmurne dni.

Czwartkowo, pochmurnie z przejaśnieniami. Drugie podejście do zdjęć. Pierwszego praktycznie nie było, bo ulewa zatrzymała każdego z nas skutecznie w domu. Natomiast za drugim razem nawet wyciągnąłem aparat. Co prawda zdjęcia trwały może 30 min + dojazd na basen, aczkolwiek uznaję je za udane. No i w końcu miałem możliwość pracować z Szymonem, przedstawicielem Warszawki. To jest dopiero przyjemność.

Jak zawsze pozdrowienia ślę dla współpracowników ( dumnie to bardzo brzmi), szczególnie dla Basi, która zniosła bardzo dzielnie nas i pogodę mało sprzyjającą. Na koniec miało być zdjęcie rodzinne, ale szybka ewakuacja, deszcze ścigające… więc tylko Łukasz tak o nam backstage zrobił.

43 spotkanie, na polu tym razem.

Przyjemnie spotkać się wieczorem ze znajomymi przy karkówce. A przemoczona deszczem drożdżówka była świetnym zwieńczeniem słonecznego dnia. Ewa ze zdjęć też jest zadowolona. A w basenie, niebo w nas flashem strzelało. Dużo by można było mówić. Mam czyste sumienie.

Zdjęć jest więcej. Można będzie na fotościanie niebawem zobaczyć pewnie. Ewę pozdrawiam z tego miejsca serdecznie.

A mnie Kuba złapał jak odjeżdżałem.

40 – jak odległość od ścięcia się białka. w porywach do 42.

Głos, od którego nie mogę się oderwać, od kilku dni już. Idąc wąską ścieżką w lesie, jak buldożer niszcząc delikatny ekosystem i spokój ropuch, i kleszczy, ciągle słyszę, że na horyzoncie, ktoś – kogo znam, pojawia się, nagle wyrastając ze ściółki. Że nie daje mi odpocząć, jak Solaris, przywołując skrywane myśli. Jak narkotyk uzależnia atrakcyjnością zmaterializowanych marzeń. Nie pozwala wyłączyć myśli, odtwarzacza odpiąć od słuchawek. Bo tam mi dopiero dobrze, bo tam mam wszystko. Zyskałem za free. Bez kiwnięcia palcem jestem tym, kim chcę. Supermanem, Batmanem, przy boku pięknej – Ty. Albo nie. Inaczej. Wpiszę hasło, na bycie zwykłym. Bez pelerynki. Ogonka. Bez twarzy DiCaprio. Ja, ten sam, co przed wejściem do puszczy. Ten sam, tylko z innym kręgosłupem, moralnym. Ten, co zwykł fałsz, teatrem nazywać. Świat sceną. I za mistrzem małpując, życie – aktorzyną, czy śrubką jak inni. Gwoździem, którego młotkiem pogardy, wbić można w każdą przestrzeń.

***

 

***


dobranoc.

***

jutro będę zdjęciował kolorowo.

39.

razem z Tobą,
chciałbym nauczyć się słów, których dotąd nie musiałem znać,
odpierać ataki jak z tarczą przy boku,
i nie bać się smoka,
psów po ulicach biegających,
wiedzieć, że być, to więcej niż czekać,
gdy robię kawę,
wiedzieć, że wysłuchasz,
gdy pióro rozgrzane, atrament czerwony się staje,
gdy leżymy i nie zaskoczysz mnie już,
żadnym zdaniem, czy pieprzykiem nowym,
że gdy niepomyślny czas ustąpi,
zbroję, całą w szramach, złożymy pod kalendarz.

Niech obrasta w kurz.

***

tam, bo wietrzniej.

Dawno temu zaglądałem tu po raz ostatni. Od tamtego czasu zrobiło się wietrzniej i przyjemniej na zewnątrz. Wieczorem słuchałem jak powietrze biega poprzez ściany. Zastanawiałem się nad materią betonu i dyfuzją cząstek. Siedziałem na gałęzi, pode mną tafla wody niewzruszona. Słuchałem Magdy, Pani Anny i Stinga. Potem krzyczałem na klifie. Na wodę, na świat. Na siebie najgłośniej. Głos niesie się daleko. Odbija się gdzieś i wraca, żebyśmy mogli się lepiej zrozumieć. Powtarza nam myśli zwielokrotnione. Komary ganiają się i parami szukają ofiar w ludzkich z krwią czystą i rękami bez zarzutu. Bryza jak ostrze odcina plażę od lodowatej wody. To dwa diametralnie różne światy. Próg, którego przestąpienie zajęło ewolucji miliony lat. Moment przejścia magiczny dla mnie. One step.

Jam session do rana. Tam.

 

zdjęcia sponsoruje telefon mój.